Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 9 .    

    Na dole zapalone były wszystkie lampy naftowe, a na kominku płonął ogień. Hol, obwieszony dawną bronią, trofeami myśliwskimi i spłowiałymi chorągwiami, cały mienił się złotem, brązem i wyblakłą czerwienią. Schody prowadzące na górę i znajdująca się pod nimi część pomieszczenia były pogrążone w cieniu rozjaśnionym kręgami światła z lamp naftowych na piętrze i na dole. Prądu wciąż nie było. Tym razem wyglądało, że na dobre, i Bren żałował, że schodząc, nie włożył kaftana. Ktoś chyba niedawno otwierał drzwi frontowe. W holu było zimno.

    Bren nie spodziewał się jednak długiego, oficjalnego spotkania, a ogień przeganiał chłód. Stanął przed kominkiem, grzejąc ręce i czekając. Kiedy usłyszał, że ktoś nadchodzi z części zamku należącej do Ilisidi, zerknął w kierunku prowadzącego tam korytarza.

    To rzeczywiście był Cenedi, w ciemnym mundurze skrzącym się metalem, kwintesencja ochroniarza z licencją Gildii. Bren sądził, że Cenedi podejdzie do ognia, coś mu powie i pozwoli wrócić na kolację, lecz ateva zbliżył się tylko na tyle, by zetknęły się ich spojrzenia i skinął na Brena, żeby poszedł za nim.

    Ale dokąd? zadał sobie pytanie Bren, wcale nie tak spokojny w obliczu tej pantomimy w mroku, jak byłby wobec prostego wezwania na dół - równie niemożliwego do odrzucenia, jak reszta zaproszeń Ilisidi.

    W tym jednak wypadku, przez chwilę chciał wrócić na górę pod pretekstem ubrania się w kaftan i posłać Djinanę po Banichiego lub Jago - co, jak już teraz wiedział, powinien był dawno zrobić. Cholera, skarcił się w duchu, gdyby tylko choć trochę myślał, tam na górze...

    Jednak już zupełnie nie wiedział, która z licznych stron, uczestniczących w grze, kieruje się tego wieczoru prawdą - ani wcale już nie był pewien, ile tych stron jest. Pistolet zniknął. Ktoś go miał... może Cenedi, może Banichi. Może zabrał go Banichi, żeby nie znalazł go Cenedi - było zbyt wiele możliwości, żeby czegokolwiek się domyślić. A gdyby odkryli go Djinana i Maigi i zanieśli Cenediemu? W głębi serca Bren był przekonany, że wówczas Djinana nie mógłby przed nim stanąć, nie okazując choćby cienia poczucia winy. Nie wszyscy atevi byli tak opanowani jak Banichi czy Jago.

    Z drugiej strony, gdy jego ochroniarze zajmowali się jakimiś swoimi interesami, Bren musiał podejmować decyzje na własną rękę i jak dotąd nic mu się nie stało, a jeśli Cenedi rzeczywiście chce z nim porozmawiać o pistolecie, to lepiej nie blefować i nie wzbudzać podejrzeń co do własnej prawdomówności. Bren mógł wziąć na siebie odpowiedzialność za broń pod materacem. Cenedi w żaden sposób nie był w stanie dowiedzieć się, że paidhi nie pakował się sam. Jeśli musiałby opuścić stanowisko w atmosferze skandalu... Bóg jeden wie, że lepsze to, niż wmieszać w to Tabiniego i osłabić Patronat. To jego kłopoty. Być może będzie musiał stawić czoło konsekwencjom.

    Jeśli jednak Cenedi ma broń i zna jej numer seryjny, to z pewnością jako osobisty ochroniarz aiji-wdowy, ma możliwość skontaktowania się z policją i znalezienie właściciela pistoletu na podstawie jego dokumentów - za pomocą tych samych komputerów, z których paidhi miał nadzieję uczynić powszechne udogodnienie. Wtedy kłamstwo w celu krycia Banichiego mogło tylko pogorszyć sprawę.

    Było tu zbyt wiele rzeczy nie na miejscu: zachowanie Banichiego, wybiegnięcie Jago z pokoju, ten trup na podjeździe, który okazał się starym kolegą szkolnym Banichiego... czy jak tam licencjonowani zabójcy nazywali swoich towarzyszy.

    Cenedi przepuszczał okazję za okazją do strącenia paidhiego w przepaść. Ta herbata, która o mały włos stałaby się zabójcza, mogłaby być mocniejsza. Jeśli w tym domu dzieje się coś podejrzanego, jeżeli Tabini wysłał go tu tylko po to, żeby wprowadzić Banichiego i Jago do fortecy Ilisidi - to był własny koszmarny scenariusz Brena - to paidhi znalazł się w samym środku wydarzeń. Bardzo lubił Ilisidi, Cenedi nie zrobił mu żadnej krzywdy, więc w co, na Boga, teraz się wplątał, schodząc na dół, żeby porozmawiać na osobności z Cenedim? Kiedy miał wygłosić oficjalny, przygotowany tekst, mógł kłamać z absolutnie niewinną miną. Nie mógł jednak skutecznie kłamać w takich sprawach, jak broń, a jeśli chodzi o to, czy Banichi był w coś zamieszany... tu też nie znał żadnych odpowiedzi, ale nie potrafił dać sobie rady z pytaniami, nie okazując niepokoju, który ateva uznałby za skrajny.

    Bren przeszedł przez kręgi blasku rzucanego przez lampy, coraz bardziej zagłębiając się w wewnętrzny hol, gdzie czekał na niego Cenedi. Na tle rozświetlonego prostokąta otwartych drzwi pokoju ateva rysował się jako wysoki, ciemny kształt, który zniknął w środku, zanim Bren dotarł do progu.

    Spodziewał się tylko Cenediego, ale w biurze znajdował się jeszcze jeden ochroniarz Ilisidi, mężczyzna, z którym był rano na przejażdżce. Nie pamiętał jego imienia i w pierwszej, pełnej paniki chwili nie wiedział, co on może mieć z nim wspólnego.

    Cenedi usiadł i zaproponował Brenowi krzesło stojące obok biurka.

    - Proszę, nand' paidhi. Czy zechcesz napić się herbaty? Przysięgam, że jest bezpieczna. - To ostatnie zdanie wyrzekł z pewną ironią.

    Trudno było odmówić takiej uprzejmości. Co więcej, wyjaśniało to obecność drugiego atevy, który zapewne miał zadbać o zewnętrzną oprawę rozmowy, do rozniesienia się pogłosek o której Cenedi mógł nie chcieć dopuścić.

    - Dziękuję - odparł z wdzięcznością Bren i usiadł na krześle. Ochroniarz nalał im obu herbaty.

    Cenedi go odprawił; wychodząc, ochroniarz zamknął za sobą drzwi. W świetle dwóch lamp naftowych wiszących na ścianie za biurkiem barczysta sylwetka Cenediego rzucała ogromne, nakładające się na siebie cienie; lampy kopciły, od czego powietrze robiło się ciężkie, a Cenedi, oparty jednym łokciem na biurku, drugą ręką sięgał od czasu do czasu po filiżankę i przeglądał leżące przed nim papiery, jakby to one były powodem wezwania, a on zgubił ten jedyny potrzebny.

    Wtem Cenedi spojrzał prosto na Brena: łagodny błysk żółci, charakterystyczny uśmieszek na twarzy.

    - Jak ci się siedzi tego wieczora, nand' paidhi? Lepiej?

    - Lepiej. - Zaskoczyło go to i rozśmieszyło, co było oznaką nieco rozedrganych nerwów. Musiał wziąć się w garść. I to szybko.

    - Jest tylko jeden sposób: przetrzymać to - rzekł Cenedi. Straż wdowy współczuje ci, nand' paidhi. Śmieją się, ale my też cierpieliśmy. Nie myśl, że śmieją się z ciebie.

    - Zapewniam cię, że wcale tak nie sądziłem.

    - Masz niezły dosiad jak na początkującego. Rozumiem, że nie spędzasz czasu tylko za biurkiem.

    Pochlebiło mu to, nie zmyliło jednak jego czujności po raz drugi.

    - Jeśli tylko mi się udaje, jeżdżę w góry. Jakieś dwa razy w roku.

    - Wspinaczka?

    - Narty.

    - Próbowałem tego - rzekł Cenedi. Przerzucił jakieś papiery, wyrównał stertę. - Widziałem w telewizji. W Bergid próbują tego młodzi. Bez obrazy, ale wolałbym żywego instruktora niż zdjęcie w przemyconym katalogu i rady jakiegoś organizatora wypoczynku, jak nie skręcić karku.

    - To tak kończy moja poczta?

    - O, jest na te rzeczy zbyt. Urząd pocztowy bardzo się stara. Czasami jednak coś przeoczy.

    To o to chodzi? zapytał w myślach Bren. O kogoś, kto kradnie moją pocztę? Sprzedaje nielegalne katalogi?

    - Jeśli zawieziesz mnie tej zimy w Bergid - rzekł - to z przyjemnością pokażę ci podstawy. To uczciwa wymiana za lekcje jazdy.

    Cenedi osiągnął wreszcie w procesie porządkowania biurka sukces w postaci ułożonej sterty papierów.

    - Chętnie, nand' paidhi. Z kilku powodów. Chciałbym namówić wdowę do powrotu do Shejidan. Malguri w zimie jest nie do zniesienia.

    Wciąż nie poruszali głównego tematu. Kiedy jednak atevi prowadzili interesy, często kluczyli, ustalali ton. Atewskie dobre wychowanie.

    - Może nam się uda - rzekł Bren. - Chciałbym. Cenedi upił herbaty i odstawił filiżankę.

    - Nie uprawiacie jeździectwa na Mospheirze.

    - Nie. Nie ma mecheiti.

    - Polujecie.

    - Czasami.

    - Na Mospheirze?

    Czy teraz rozmawiają o broni? Czy to w tym kierunku zmierza rozmowa?

    - Zdarzyło mi się kilka razy. Na małe zwierzęta. Bardzo małe.

    - Ateva pamięta - powiedział Cenedi, jakby rzeczywiście mogli to pamiętać jacykolwiek żyjący atevi. - Czy Mospheira jest bardzo inna?

    - Od Malguri? - Nie dawał się do końca zmylić. - Bardzo. Od Shejidan o wiele mniej.

    - Podobno była dość piękna przed Wojną.

    - Nadal taka jest. Mamy bardzo surowe przepisy - ochrona rzek, malowniczych krajobrazów. Zachowanie gatunków, które tam zastaliśmy.

    Cenedi odchylił się na oparcie krzesła.

    - Czy sądzisz, nadi, że nadejdzie czas, kiedy Mospheira otworzy się - na obie strony cieśniny?

    - Mam nadzieję.

    - Ale czy myślisz, że tak będzie, nand' paidhi?

    Cenedi może dotarł do swego tematu, a może odszedł od sprawy broni po prostu po to, żeby Bren się odprężył. Nie potrafił tego ocenić i poczuł niepokój. Pytanie to dotykało spraw polityki, o których nie mógł się wypowiadać bez konsultacji. Nie chciał dać Cenediemu negatywnej odpowiedzi, skoro ten był uprzejmy. Mogłoby to udostępnić jego ciekawości całe nowe obszary.

    - Taką mam nadzieję. Nie mogę powiedzieć nic więcej. Łyknął gorącej herbaty. - Bardzo ciężko nad tym pracuję, ale żaden paidhi nie potrafi powiedzieć, kiedy to się stanie. O tym muszą zadecydować aijiin i prezydenci.

    - Czy uważasz, że ten wywiad telewizyjny jest - jak wy to mówicie - krokiem we właściwym kierunku?

    To o to chodzi? O reklamę? O kampanię Tabiniego mającą na celu wejście w patronat z Mospheirą?

    - Szczerze mówiąc, nadi Cenedi, byłem rozczarowany. Nie sądzę, żebyśmy poruszyli jakieś ważne tematy. Są rzeczy, o których chciałem mówić, a o które wcale mnie nie pytali. Nie byłem pewien, co z tym potem zrobią. Martwiłem się, że mogą dołożyć do wywiadu coś, czego nie miałem na myśli.

    - Rozumiem, że jest mowa o comiesięcznych programach. Paidhi do mas.

    - Nie wiem. Na pewno nie decyduję o takich sprawach sam. Muszę się konsultować.

    - Chcesz powiedzieć, że takie jest ludzkie prawo.

    - Tak.

    - Nie jesteś samodzielny.

    - Nie. - Na samym początku atevi spodziewali się, że paidhiin będą podpisywali umowy i ich dotrzymywali, teraz jednak dwór w Shejidan nie żywił już tych błędnych przekonań. Bren nie sądził, by Cenedi o tym nie wiedział. - Chociaż w praktyce, nadi, paidhiin często mają ostatnie słowo. Po prostu nie obiecujemy tego, czego według nas nie przyjmie nasza rada. Chociaż sprzeczamy się z nią i czasami wygrywamy.

    - Czy jesteś za następnymi wywiadami? Poprzesz ten pomysł?

    Ilisidi była w wieku, kiedy żywi się konserwatywne poglądy. Prawdopodobnie nie podobały się jej kamery telewizyjne w Malguri, a co dopiero pomysł regularnych programów z paidhim. Potrafił sobie wyobrazić, co mogłaby powiedzieć Tabiniemu.

    - Nie wiem, za czym się opowiem. Może poczekam i zobaczę, jak atevim podobał się pierwszy wywiad. Czy chcą oglądać ludzką twarz, czy nie. Mogę przestraszyć dzieci.

    Cenedi roześmiał się.

    - Twoja twarz już się pojawiała w telewizji, nand' paidhi, przynajmniej oficjalne zdjęcia. "Paidhi omówił program budowy dróg z ministrem robót, paidhi wspomniał o zbliżającym się zwolnieniu ważnych informacji w dziedzinie mikroelektroniki...".

    - Ale to nie był wywiad. I pokazywano tylko fotografię. Nie rozumiem, dlaczego ktoś chciałby usłyszeć, jak przez całą godzinę omawiam stosunkowe zalety mikroukładów.

    - Tak, tyle że wasze mikroukłady działają według liczb. Mają taką złożoną geometrię. Hobbyści zalaliby nas telefonami. "Dajcie nam paidhiego. Niech opowie o liczbach", mówiliby.

    Początkowo nie był pewien, czy Cenedi nie żartuje. Kilka dni poza Bu javid i człowiek już zapominał o żarliwości czy wręcz pasji numerologów. Uznał jednak, że to żart - żart w stylu Tabiniego, który lekceważył wyznawców i nie miał cierpliwości do komplikacji stwarzanych przez różne ich frakcje.

    - Atevi mogą też uznać, że moje sugestie zawierają złośliwe liczby - rzekł Bren, skierowując rozmowę na poważniejsze tory. - Jak najwyraźniej niektórzy już sądzą. - I kolejne odwrócenie uwagi, skoro Cenedi nie śpieszy się z ujawnieniem swoich zamiarów. - Czy tym razem to też przepalony bezpiecznik, nadi?

    - Chyba gdzieś powstało zwarcie. Przerywacz ciągle się zacina. Próbują znaleźć przyczynę.

    - Jakiś czas temu Jago wyszła, bo otrzymała od Banichiego jakąś denerwującą wiadomość. Zaniepokoiłem się, nadi. Podobnie jak twoim wezwaniem. Czy może wiesz, co się dzieje?

    - Banichi pracuje z personelem zamku. Nie wiem, co mógł znaleźć, ale on jest bardzo wymagający. Jego podwładni rzeczywiście się śpieszą, kiedy ich o to prosi. - Cenedi pociągnął kolejny łyk herbaty, tym razem dość duży, i odstawił filiżankę. - Nie przejmowałbym się tym. Gdyby znalazł coś odbiegającego od normy, to zapewne by mnie zawiadomił. Z całą pewnością zrobiłby to, niezależnie od niego, personel zamku. Jeszcze herbaty, nadi?

    Odwrócił uwagę Cenediego od celu rozmowy. Musiał wypić jeszcze jedną filiżankę.

    - Dziękuję - rzekł i zaczął wstawać, żeby pod nieobecność służącego nalać sobie samemu, nie sugerując, że ma to zrobić Cenedi, lecz ateva powstrzymał go gestem, sięgnął długą ręką ponad biurkiem, podniósł dzbanek i nalał do obu filiżanek.

    - Nadi, to osobista ciekawość, a nigdy nie miałem pod ręką paidhiego, żeby zapytać. Przez te wszystkie lata wyjawiacie nam tajemnice. Kiedy wam się skończą? I co wtedy zrobicie?

    Dziwne, że nikt nigdy nie zapytał o to paidhiin tak wyraźnie - po tej stronie cieśniny, chociaż Bóg jeden wie, że na Mospheirze bardzo się tym martwiono.

    I może rzeczywiście było to osobiste pytanie Cenediego, choć, czego Bren był pewien, na pewno nie to, na które chciał usłyszeć odpowiedź, wzywając go na dół. O coś takiego mógł zapytać bystry reporter, dziecko - ale nie polityczny wyga, taki jak Cenedi, a już na pewno nie oficjalnie.

    Była to jednak w dużym stopniu kwestia, którą już zaczął delikatnie poruszać podczas technicznych spotkań, badając grunt, zaczynając, jak miał nadzieję, zmieniać postawy atevich, i wiedząc, że w niektórych dziedzinach nie będą mogli pójść dalej bez wdrożenia osiągnięć, którym od lat opierał się kapitał zainwestowany w innych dziedzinach.

    - Wynalazki nie płyną przez cieśninę tylko w jednym kierunku, nadi. Bardzo często my uczymy się od waszych naukowców. Nie chcę powiedzieć, że od Lądowania stoimy w miejscu. Główne zasady zostały jednak wyłożone na stół sto lat temu. Nie jestem naukowcem, ale, tak jak ja to rozumiem, wciąż brakuje kroków pośrednich, rzeczy, które atewska nauka musi sobie przyswoić, zanim zasady w innych dziedzinach staną się jasne. Jest materiałoznawstwo. Jest przemysł konieczny do wspierania nauki. I edukacja, dzięki której nowe pokolenia będą mogły ją pojąć. Komisje wciąż dyskutują o kształcie kołnierzy w zbiornikach paliwa, podczas gdy nikt nie mówi uczniom, po co w ogóle są one potrzebne.

    - Sądzisz, że uczymy się powoli?

    Ta pułapka była tak oczywista, jak dziura w podłodze. Owszem, spodziewali się, że atevi szybciej będą chwytać różne sprawy, mimo nieugiętych aijiin i komisji, które nie aprobowały danego procesu, dopóki nie zadyskutowały go na śmierć. Niewiarygodnie krótka ścieżka wiodła do lotów i zaawansowanej metalurgii. Niewiarygodnie trudna droga - do wybudowania mostu tak, żeby wytrzymał nacisk pociągów towarowych.

    - Uczycie się niezwykle szybko, i w nieskończoność dyskutujecie - odparł Bren.

    Cenedi roześmiał się.

    - A ludzie nad niczym nie dyskutują.

    - Nie musimy tego robić, jeśli chodzi o technikę, nadi Cenedi. Myją mamy. Posługujemy się nią.

    - Czy odnieśliście dzięki niej sukces?

    Uważaj, pomyślał Bren. Uważaj. Wzruszył po ateviemu ramionami.

    - Dobrze się czujemy w patronacie, który stworzyliśmy. Ostatnie tajemnice leżą potencjalnie na stole, nadi. Nie możemy tylko przekonać atewskich konserwatystów do przyjęcia ich zasadniczych elementów. Nasze tajemnice są pełne liczb. Nasze liczby opisują wszechświat. A jak wszechświat może być niepomyślny? Gubimy się, kiedy niektórzy z was twierdzą, że suma liczb może być niepomyślna. My potrafimy wierzyć jedynie w przyrodę. - Mówił do przełożonego ochrony Ilisidi, tej Ilisidi, która wybrała rezydencję w Malguri. Ilisidi, która polowała, by jeść, a zarazem wierzyła w konieczność istnienia smoketek. - Moim zdaniem, które nie jest zdaniem eksperta, nadi, z pewnością ktoś musiał tu dodać coś, czego przyroda nie uwzględniła w równaniach.

    Na pewnym poziomie było to bardzo ryzykowne stwierdzenie. Z drugiej strony, Bren nie powiedział, którą z tuzina filozofii liczb, jakie znał z praktyki, gani, a którą popiera, choć, będąc człowiekiem, po prostu nie potrafił pojąć żadnej z nich. Osobiście chciałby wiedzieć, jakie stanowisko zajmuje sam Cenedi. Usta tamtego zacisnęły się w rzadkim u niego grymasie rozbawienia.

    - A budowane przez was komputery potajemnie przydzielają niepomyślne cechy - rzekł kwaśno ateva. - Oraz zmieniają drogi gwiazd.

    - Tego nigdy nie widziałem. Gwiazdy podążają tam, gdzie nakazuje im przyroda, nadi Cenedi. To samo odnosi się do powodów instalowania kołnierzy w komorach spalania.

    - Czy jesteśmy zabobonnymi głupcami?

    - Z całą pewnością nie. W tym świecie nie ma nic złego. Nie ma nic złego w Malguri. Nie ma nic złego w biegu spraw przed naszym przybyciem. Tylko że... Jeśli atevi chcą wiedzieć to samo, co my...

    - Liczenie liczb to szaleństwo?

    Cenedi chciał, żeby Bren przyznał się do herezji. Poczuł nagły strach przed ukrytym magnetofonem i równie wielką obawę przed skłamaniem Cenediemu, co zniweczyłoby pozory uprzejmości, zanim jeszcze Bren w pełni zrozumiał zasady gry.

    - Dajemy atevim prawdziwe liczby, nadi, przysięgam, że tak jest. Liczby, które się sprawdzają, chociaż niektórzy w nie wątpią, nawet mając przed sobą dowody oferwane przez przyrodę.

    - Niektórzy nawet bardziej wątpią w dobrą wolę ludzi niż w ich liczby.

    A więc Cenedi nie prowadzi zwykłej rozmowy towarzyskiej. Siedzieli w blasku lamp naftowych - a właściwie on siedział na terytorium Cenediego. Jego ochrona była gdzie indziej i z tego, co wiedział, nie miała pojęcia o jego położeniu, tej rozmowie i niebezpieczeństwie, w jakim się znalazł.

    - Nadi, moi poprzednicy na tym stanowisku nigdy nie taili, skąd się tu wzięliśmy. Znaleźliśmy się w sąsiedztwie tej gwiazdy całkowicie przez przypadek i w kompletnej rozpaczy. Nie mieliśmy pojęcia o istnieniu atevich. Nie chcieliśmy umrzeć z głodu. Nasz sprzęt został uszkodzony. Wiedzieliśmy, że dla nas i, przyznaję, dla was, opuszczenie stacji i wylądowanie na planecie wiąże się z ryzykiem, ale widzieliśmy, że atevi posunęli się już daleko na drodze technicznego rozwoju, podobnie jak my wcześniej. Sądziliśmy, że nikogo nie skrzywdzimy. Sądziliśmy, że miejsce naszego lądowania jest odległe od wszelkich patronatów - nie było tam żadnych budynków. To był pierwszy błąd.

    - A jak sądzisz, która strona popełniła drugi?

    Stąpali po cienkim lodzie. Nic z tego, o co zapytał Cenedi, nie było zakazane. Nic z tego, co mu odpowiedział, nie budziło kontrowersji - aż po samą granicę tej prawdy, jaką od ponad stu lat głosili paidhiin.

    Przez ułamek sekundy Bren pomyślał jednak o mecheiti i atewskim rządzie, a Cenedi czekał - zbyt długo, pomyślał Brem żeby mógł mu odmówić zdobycia punktu.

    - Winą za Wojnę - rzekł - obarczam obie strony, ponieważ wysyłały niewłaściwe sygnały. Sądziliśmy, że otrzymaliśmy zachętę do robienia rzeczy, które okazały się niewłaściwe, katastrofalnie niewłaściwe.

    - Jaką zachętę?

    - Sądziliśmy, że zachęca się nas do zbliżenia, do traktowania się nawzajem jak... - Nie było takiego słowa. - ...coś znajomego. Po tym, jak zyskaliśmy jakąś nadzieję. Przystąpiliśmy do wojny, kiedy mieliśmy już obiecujące początki osady. Ludzie, którzy sądzą, że zostali oszukani, nie wierzą już w zapewnienia.

    - Mówisz, że wy nie ponosicie winy.

    - Mówię, że nie ponoszą jej też atevi. Głęboko w to wierzę.

   Cenedi zabębnił palcami jednej ręki o biurko. Wydawało się, że się zastanawia.

    - Sprowadził was tu wypadek. Czy to była pomyłka w liczbach?

    Brenowi zaczęło brakować powietrza, może od lamp naftowych, może od lekkomyślnie podjętej dyskusji z bardzo dobrze przygotowanym partnerem.

    - Nie wiemy - odparł. - A przynajmniej ja nie wiem. Nie jestem naukowcem.

    - Ale czy wasze liczby nie opisują natury? Czy to był wypadek nadnaturalny?

    - Nie sądzę, nadi. Może popsuły się jakieś urządzenia. Takie rzeczy się zdarzają. Kosmos to próżnia, ale jest tam pył, kamienie... To tak, jakby próbować określić, które z milionów pyłków kurzu można poruszyć oddechem.

    - A więc wasze liczby nie są doskonałe.

    Kolejna pułapka herezji.

    - Nadi, inżynierowie posługują się przybliżeniami, a przyroda ich poprawia. My tylko przybliżamy się do przyrody. Nasze liczby funkcjonują dobrze i przyroda nie poprawia nas bez przerwy. Tylko czasami. Jesteśmy w tym dobrzy. Nie jesteśmy doskonali.

    - A Wojna była jedną z tych niedoskonałości?

    - Olbrzymią niedoskonałością. Potrafimy się jednak uczyć, nadi. Obraziłem Jago przynajmniej dwa razy, ale ona zachowywała cierpliwość, dopóki sam się nie domyśliłem. Banichi przysporzył mi ogromnego zmartwienia - ale wiem z całą pewnością, że nie wiedział, co robi, i nie przestaję sobie cenić kontaktów z nim. Prawdopodobnie wyrządziłem innym nieświadomie krzywdę, ale przynajmniej, nadi, nie gniewamy się na siebie i wiemy, że ta druga strona chce dobrze. Popełniamy wiele błędów... ale potrafimy zdobyć się na cierpliwość.

    Cenedi siedział, wpatrując się w niego, a Bren, sam nie wiedząc, dlaczego, odniósł wrażenie, że stąpa po bardzo chwiejnym gruncie. Jeszcze jednak nie przegrał. Nie popełnił ostatecznego błędu. Chciałby wiedzieć, czy Banichi jest świadom, gdzie on teraz jest.

    - A jednak - odezwał się Cenedi - ktoś stracił cierpliwość. Ktoś porwał się na twoje życie.

    - Najwyraźniej.

    - Domyślasz się, dlaczego?

    - Nie mam pojęcia, nadi. Naprawdę nie wiem, ale zdaję sobie sprawę, że niektórzy po prostu nie lubią ludzi.

    Cenedi wysunął szufladę i wyjął z niej zwój papieru opleciony czerwonymi i czarnymi wstążkami rodu aijiego.

    Od Ilisidi, pomyślał z niepokojem Bren, kiedy Cenedi pchnął zwój przez blat biurka ku niemu. Rozwinął go i zobaczył znany charakter pisma.

    Tabini.

    "Posyłam ci do dyspozycji człowieka, `Sidi-ji. Zgłosiłem w jego imieniu Zamiar, w celu uchronienia go przed nieznanymi osobami, chociaż, jak sądzę, nie są one nie znane Tobie, nie czynię Ci jednak zarzutów za podjęcie działań, które w nadzwyczajnej sytuacji być może uznałaś za konieczne".

    Co to jest? pomyślał Bren. Nagle czując, że zostało mu bardzo niewiele czasu, przeczytał jeszcze raz, usiłując zrozumieć, czy Tabini grozi Ilisidi, czy też mówi, że Ilisidi stała za atakiem na niego?

    I Tabini go tu przysłał?

    "Dlatego uwalniam Cię od tej niemiłej i niebezpiecznej konieczności, `Sidi-ji, moja ulubiona przeciwniczko, wiedząc, że inni być może działają przeciwko mnie powodowani zawiścią lub chęcią zysku, lecz jedynie Ty konsekwentnie, z zasady przeciwstawiasz się Traktatowi i uczyniłaś z tego swoją politykę.

    Ani ja, ani moi agenci nie będą przeszkadzali w badaniach czy też w rozporządzaniu przez ciebie osobą paidhi-aijiego w tej niezwykle niebezpiecznej sytuacji. Wymagam tylko; żebyś poinformowała mnie o swoich wnioskach, abyśmy mogli omówić możliwe rozwiązania i stojące przed nami wybory".

    Rozporządzanie osobą paidhiego? Tabini, Tabini, na litość boską, co ty mi robisz?

    "Moi agenci otrzymali instrukcje, by pozostać na miejscu, lecz mają się nie mieszać do sprawy.

    Tabini-aiji, z głębokim szacunkiem.

    Do Ilisidi z Malguri, w Malguri, w prowincji Maidingi...".

    Ręce mu się trzęsły. Usiłował nad nimi zapanować. Przeczytał list dwa, trzy razy i nie znalazł żadnej innej możliwej interpretacji. To był charakter pisma Tabiniego. I jego pieczęć. Fałszerstwo było niemożliwe. W tym krótkim czasie, w którym trzymał dokument w ręku, starał się zapamiętać sformułowania, ale kaligraficznie wypisane litery rozpływały mu się przed oczami. Rozsądek próbował interweniować, wtrącając zawodowe, intelektualne wytłumaczenie, że Tabini jest atevą, że nie kieruje nim przyjaźń, że Tabini nawet nie potrafi pojąć znaczenia tego słowa...

    Ze na dłuższą metę Tabini musi działać w interesie atevich, i to jako ateva nie wykazujący ludzkich zachowań, które byłyby zrozumiałe dla Brena...

    Rozum argumentował, że nie wolno mu tracić czasu na jakiekolwiek uczucia ani na interpretację czegokolwiek według ludzkich zasad. Rozum argumentował, że Bren znalazł się w poważnych kłopotach, że został mu cień nadziei, ponieważ Banichi i Jago otrzymali polecenie pozostania na miejscu i że istnieje jeszcze bardziej szalona nadzieja, że Tabini być może został zmuszony do zdradzenia go i że zatrzymał tu Banichiego i Jago w określonym celu, szaleńczego i nieprawdopodobnego wybawienia...

    Biorąc jednak pod uwagę, że Tabini w ogóle poczuł się zmuszony napisać taki list, wszystko to stanowiło bardzo niepewną i odległą możliwość.

    A jeśli Tabini chce zaryzykować życie paidhiego, a razem z nim korzyści płynące z mospheirańskiej techniki, to można jedynie dojść do wniosku, że władza Tabiniego jest poważnie zagrożona.

    Można też stwierdzić, że paidhi zupełnie nie rozumie sytuacji, w jakiej się znalazł.

    Nie dawało mu to żadnej nadziei.

    Bren oddał Cenediemu list, mając nadzieję, że ręce nie drżą mu tak wyraźnie, jakby mogły. Nie bał się. Uznał to za rzecz dziwną. Czuł tylko kulę w gardle i niemiły brak czucia w palcach.

    - Nadi - odezwał się cicho. - Nie rozumiem. Czy to wy próbowaliście zabić mnie w Shejidan?

    - Nie bezpośrednio. Zaprzeczenie też jednak nie służyłoby prawdzie.

    Tabini uzbroił go wbrew postanowieniom traktatu. Cenedi zabił zabójcę na terenie posiadłości. Prawda?

    Bren miał coraz większy zamęt w myślach.

    - Gdzie jest Banichi? I Jago? Czy o tym wiedzą? Czy wiedzą, gdzie ja jestem?

    - Wiedzą. Powiadam, że nie możemy się wyprzeć odpowiedzialności. Przyznam też jednak, że jesteśmy zażenowani działaniem towarzysza, który namówił licencjonowanego zawodowca do haniebnego czynu. Postępowanie jednej osoby powodowanej osobistymi przekonaniami postawiło Gildię w niezręcznej sytuacji. Ja sam postawiłem się w podobnej sytuacji przy wypadku z herbatą. Co więcej, przyjąłeś moje przeprosin , co wcale mi nie ułatwia obecnego zadania, nand' paidhi. Zapewniam cię, że w tej konfrontacji nie ma nic osobistego. Zrobię jednak wszystko, co uznam za stosowne, by w tych okolicznościach dowiedzieć się prawdy.

    - W jakich okolicznościach?

    - Nand' paidhi, czy kiedykolwiek wprowadzasz nas w błąd? Czy kiedykolwiek mówisz nam mniej - lub więcej - niż tylko prawdę?

    Niebezpieczeństwo, w jakim znalazł się Bren, nie usprawiedliwiało wydawania pochopnych osądów ani wszczynania powierzchownych dyskusji o sprawach ostatecznych z osobą, której stopnia poinformowania lub zdezinformowania nie znał. Usiłował myśleć. Usiłował zachować absolutną ostrożność.

    - Nadi, czasami mogę znać... jakiś drobny szczegół techniczny, obwód, sposób działania - czasem całą dziedzinę techniki którego nie opisałem odpowiedniej komisji czy też nie przedstawiłem aijiemu. Nie znaczy to jednak, że nie zamierzam tego zrobić. Podobnie jak inni paidhiin, którzy nigdy nie ukrywali swej wiedzy. Nie ma takiej technologii, którą zamierzam przed wami ukrywać.

    - Czy kiedykolwiek umieszczałeś przy współudziale Tabiniego dodatkowe liczby w transmisjach przekazywanych z Mospheiry na stację?

    Boże.

    - Zapytaj aijiego.

    - Czy te liczby podsuwał ci aiji?

    - Zapytaj jego.

    Cenedi przejrzał kilka papierów, po czym znów podniósł wzrok. Jego ciemna twarz była bez wyrazu.

    - Pytam ciebie, nand' paidhi. Czy te liczby podsuwał ci aiji?

    - To sprawa Tabiniego, nie moja. - Miał zimne ręce. Poruszył palcami i usiłował udawać przed samym sobą; że ta debata nie jest poważniejsza od posiedzenia komisji, kiedy to, bardzo rzadko, pytania nabierały wysokiej temperatury i zaczynały padać bardzo szybko. - Jeśli Tabini-aiji przekazuje coś na Mospheirę, ja tłumaczę jego słowa dokładnie. Takie jest moje zadanie. Nie reprezentowałbym niewłaściwie ani jego, ani Mospheiry. Na tym zasadza się moja prawość, nadi Cenedi. Nie kłamię żadnej ze stron.

    Kolejna cisza, długa i pełna napięcia. Wśród murów zadudnił kolejny grzmot.

    - Czy zawsze mówisz prawdę, nadi?

    - Podczas takich kontaktów? Tak. Obu stronom.

    - Chcę ci zadać kilka pytań w imieniu aiji-wdowy. Odpowiesz na nie?

    Pułapka zamknęła się. Był to koszmar, którego bał się każdy paidhi, lecz jak dotąd żaden z nich się z nim nie zetknął, dopóki, niech Bóg ma go w swojej opiece, on sam w niego nie wdepnął, ufając atevim, mimo że nie potrafił im wytłumaczyć pojęcia zaufania, upierając się przy tym zaufaniu wbrew radom własnych doradców i obstając przy wierze w osobiste przywiązanie Tabiniego do siebie, tak niezłomnie, że nie zadzwonił do biura, kiedy miał wszelkie możliwe sygnały, że coś jest nie tak.

    Gdyby Cenedi chciał teraz użyć siły... Znikąd pomocy. Gdyby Cenedi zażądał przysięgi, że nie istnieje spisek ludzi przeciwko atevim... Bren nie miał pojęcia, czy potrafi powstrzymać się przed powiedzeniem wszystkiego, co zechce usłyszeć Cenedi.

    Nieznacznie wzruszył po atewsku ramionami, poruszył ręką.

    - Odpowiem najlepiej jak potrafię, o tyle, o ile sam znam odpowiedzi - rzekł.

    - Ilu ludzi mieszka na Mospheirze?

    - Około czterech milionów.

    - Żadnych atevich.

    - Żadnych atevich.

    - Czy od czasu podpisania Traktatu odwiedzali ją jacykolwiek atevi?

    - Nie, nadi. Nie odwiedzali. Poza załogami samolotów.

    - Co sądzisz o pomyśle atewskiego paidhiego?

    - Początkowo popieraliśmy go. Próbowaliśmy umieścić go w Traktacie jako warunek rozejmu, bo chcieliśmy lepiej zrozumieć atevich. Wiedzieliśmy, że zaszło nieporozumienie. Wiedzieliśmy, że jesteśmy częściowo odpowiedzialni za Wojnę. Atevi jednak odmówili. Gdyby teraz zmienili zdanie, poparłbym ten pomysł bez zastrzeżeń.

    - Jako gatunek nie macie nic do ukrycia? Czy stała obecność atevy na Mospheirze i wpuszczanie go na posiedzenia waszych rad nie wzbudziłoby niechęci?

    - Sądzę, że poznanie naszych obyczajów przez atevich byłoby bardzo korzystne. Popierałbym coś takiego. Żarliwie bym za tym argumentował.

    - Już nie boicie się atewskich szpiegów.

    - Mówiłem ci - nie mamy już tajemnic. Nie ma już czego szpiegować. Żyjemy bardzo podobnie do was. Mamy bardzo podobne udogodnienia. Nie potrafiłbyś odróżnić Adams Town od Shejidan.

    - Nie?

    - Jesteśmy bardzo podobni. I nie chodzi o to - dodał z rozmysłem - że to my wpływamy na was. Zapewniam cię, że uznaliśmy wiele waszych pomysłów za bardzo mądre. W pewnych sytuacjach czulibyście się zupełnie swobodnie. Nauczyliśmy się od was wielu rzeczy.

    Wątpił, czy Cenedi w to uwierzył. Zobaczył, że marszczy twarz.

    - Czy w związku z tajemnicami, które, jak mówisz, wyjawiliście, mógłby istnieć jakiś zastrzeżony obszar?

    - Badania biologiczne. Genetyka. To ostatnia, najtrudniejsza dziedzina.

    - Dlaczego ostatnia?

    - Z powodu liczb. Jak przestrzeń kosmiczna. Rozmiary liczb. Istniała nadzieja, że komputery spotkają się z bardziej powszechną akceptacją u atevich. Komputery są potrzebne, nadi, nawet komuś tak biegłemu w matematyce jak wy. Wyznaję, że nie nadążam za wszystkimi wyliczeniami, które przeprowadzacie w pamięci, ale komputery są konieczne do przechowywania dokumentów, są niezbędne w takiej astronautyce i genetyce, jakie my praktykujemy.

    - Wyznawcy liczb w to nie wierzą. Niektórzy mówią, że komputery są niepomyślne i zwodnicze.

    - A niektórzy przyznają się do fascynacji nimi. Słyszałem, że pewni numerolodzy piszą programy... i krytykują nasze rozwiązania techniczne. Mają całkowitą rację. Nasi naukowcy są bardzo zainteresowani ich opiniami.

    - Atewskimi wynalazkami.

    - Jak najbardziej.

    - A cóż takiego możemy wynaleźć? Ludzie wynaleźli już wszystko.

    - O, nie, nadi, w żadnym wypadku. Wszechświat jest ogromny. A nasz statek przecież się zepsuł.

    - Wystarczająco ogromny jest ten wszechświat?

    Prawie powiedział, że poza wszelkimi obliczeniami. To jednak było herezją.

    - Przynajmniej większy, niż sięga moja wiedza, nadi. Poza wszelkie granice, do jakich dotarliśmy w naszych statkach.

    - Doprawdy? A do czego jest on potrzebny?

    Czasami Bren stykał się z nową postawą u atevich. Było to zawsze zdumiewające.

    - A do czego jest potrzebna ziemia, nadi? Do czego jest potrzebny cały świat - poza tym, że na nim żyjemy? To miejsce, w którym istniejemy, nadi. Potrzebny jest do naszej egzystencji. Są być może we wszechświecie miejsca ważniejsze, ale z naszego punktu widzenia liczy się tylko to.

    - Wierzycie, że pewne rzeczy są niepoliczalne?

    Znów pułapka herezji. Poszukał odpowiedzi nie do obalenia, wiedząc, że jeżeli na taśmie nagra się coś niewłaściwego, to ekstremiści będą go mieli w garści.

    - Jeśli tylko człowiek potrafi je dostrzec, to jestem pewien, że umiałby je policzyć.

    - Czy jest ktoś, kto potrafi dostrzec wszystko?

   Jeszcze jedna sekta.

    - Nie wiem, nadi. Ja na pewno nie jestem taką osobą.

    Niech go diabli, jeśli Cenedi wierzy numerologom. Bren w żaden sposób nie mógł jednak odgadnąć, co Cenedi chce usłyszeć ze względów politycznych. Marzył, żeby te pytania już się skończyły.

    - Jeszcze herbaty? - zapytał Cenedi.

    - Dziękuję, nadi, jeszcze trochę mam.

    - Czy podejrzewasz, że jestem twoim wrogiem?

    - Nie wiem. Mam nadzieję, że nim nie jesteś. Twoje towarzystwo sprawią mi przyjemność i mam nadzieję, że będę się nim cieszył w przyszłości.

    - W moim stanowisku nie ma nic osobistego, nand' paidhi.

    - Ufam w to. Nie wiem, czym mogłem cię obrazić. Na pewno nie świadomie.

    - Zrozum, że oskarżenie nie dotyczy herezji. Dla mnie całe to liczenie to kompletna, prymitywna głupota.

    - Taśmy można jednak montować.

    - Telewizja też to potrafi - rzekł Cenedi. - Dostarczyłeś dzisiaj Tabiniemu mnóstwo materiału.

    Telewizja? Zapomniał o niej, wstrząśnięty listem Tabiniego. Teraz jednak połączył jedno z drugim - wszystkie te osobiste, swobodne pytania o jego życie, o powiązania.

    Oszukany przez jedynego atevę, któremu całkowicie zawierzył, przez aijiego, w którego rękach spoczywały wszystkie umowy z ludzką cywilizacją.

    Tabini uzbroił go przeciwko zabójcom - a w świetle tego listu Bren nie mógłby przysiąc, że zabójcy nie działali z polecenia Tabiniego. Tabini dał mu broń, którą można było odnaleźć i ustalić jej właściciela po znakach na kulach.

    Kiedy jednak Bren-jej użył i kogoś zranił, Banichi dał mu inną. Tego nie rozumiał.

    Choć może Banichi też wtedy nic nie rozumiał i działał powodowany lojalnością, nie będąc wprowadzony w intrygę. Wszystkie domysły Brena tworzyły błędne koło. A teraz pistolet Banichiego zniknął spod materaca - mogli sfotografować cokolwiek, podrzucić jakiś dowód, a numer seryjny umieścić później... Bren znał przynajmniej kilka sztuczek, których mogli użyć. Interesował się tym. Administracja kazała mu się tym zajmować, aż pękała mu głowa. Nie chciał wierzyć, że kiedykolwiek mu się to przyda.

    Nie w przypadku Tabiniego. O, nie...

    Nie w przypadku atevy, który mu się zwierzał, który ujawniał mu oficjalne tajemnice. Powodowany szacunkiem dla niego, Bren nie mógł ich przekazać na Mospheirę...

    - Ilu ludzi mieszka na Mospheirze? - zapytał Cenedi.

    - Już o to pytałeś, nadi. Około czterech milionów. Cztery miliony trzysta tysięcy.

    - Dla pewności będziemy co pewien czas powtarzać pytania. Czy ten rachunek uwzględnia dzieci?

    Potem padało pytanie za pytaniem: o poparcie dla kolei, o prawo weta wykorzystywane przez jego poprzednika, o elektrownie, o tamy, drogi i studia ekologiczne, o Mospheirę i o kontynent.

    O połączenie lotnicze między wyspą i kontynentem, o system dróg na górzystej północy Mospheiry i w centrum wyspy. Nic, co byłoby utajnione. Nic, czego nie mogliby znaleźć w katalogach czy jego osobistej korespondencji, gdziekolwiek ona trafiała.

    I prawdopodobnie dowiedzieli się o tym wszystkim z jego korespondencji na długo przed satelitami. Z katalogów wakacyjnych mogli ułożyć mospheirańską mozaikę dróg, miast, ulic, mogli sfotografować miasta na wybrzeżu, nad którymi regularnie przelatywały samoloty towarowe z Shejidan, zabierające w drodze powrotnej wyprodukowany przez ludzi sprzęt elektroniczny, tkaniny, leki i owoce morza.

    - Czy masz licznych towarzyszy na Mospheirze, nadi? Jak się nazywają?

    - Co zwykle robisz po powrocie na Mospheirę, nadi? Na pewno masz jakieś oficjalne zajęcia...?

    - Miałeś w swoim pokoju pistolet, nadi. Co zamierzałeś z nim zrobić?

    Do niczego się nie przyznawać, pomyślał Bren. To nie było przyjazne pytanie..

    - Nic nie wiem o żadnym pistolecie.

    - Przedmiot tej wielkości, pod twoim materacem.

    - Nie wiem. Może pojawił się i zniknął tego samego dnia.

    - Proszę cię, nadi, nie żartuj. To jest bardzo poważna sprawa.

    - Jestem tego świadom. Zapewniam cię jednak, że go tu nie przywiozłem i nie włożyłem pod materac.

    - Pojawił się sam z siebie.

    - Zapewne. Nie znam innej odpowiedzi. Na co miałby mi się przydać, nadi? Nie jestem dobrym strzelcem. Z pistoletem w dłoni nie stanowię żadnego zagrożenia, chyba że dla siebie i mebli.

    - Nadi. Wiemy, że ta broń nie pochodzi z Malguri. Mamy jej rejestrację.

    Odwrócił wzrok, spojrzał na podwójne cienie na ścianie. Może Tabini przegrał politycznie, co w jakiś sposób zmuszało go, by przekazać Brena rywalom. Bren nie wiedział, kogo broni, mówiąc o znikającym pistolecie - czy Tabiniego przed jego przeciwnikami, czy Banichiego przed sądem. A może zamiana broni przez Banichiego tak zaciemniła sprawę, że wszyscy sprawiali wrażenie winnych?

    Nie miał jednak pojęcia, co się stało z pistoletem.

    A jeśli chodzi o kłamstwo, to przyjął wersję oficjalną.

    - Nadi - rzekł Cenedi. - Odpowiedz na pytanie.

    - Sądziłem, że to jest stwierdzenie, nadi. Wybacz. Nie mam broni. Nie włożyłem jej pod materac. To wszystko, co mam do powiedzenia.

    - Strzeliłeś do zabójcy w Shejidan, nand' paidhi.

    - Nie. Ja podniosłem alarm. Strzelił Banichi, kiedy tamten zaczął uciekać.

    - A zatem Banichi nie strzela tak celnie, jak mógłbym się spodziewać.

    - Było ciemno, padał deszcz, a zabójca biegł.

   - W pokoju byłeś tylko ty sam.

    - Usłyszałem jakiś hałas. Zawołałem straże.

    - Banichi regularnie pilnuje twoich drzwi w nocy?

    - Nie wiem, pewnie miał coś do załatwienia w pobliżu - może chodziło o jakąś damę. Nie pytałem go.

    - Kłamiesz, nadi. To nikomu nie pomaga.

    - Tylko trzy osoby na świecie wiedzą, co się zdarzyło tamtej nocy: ja, Banichi i zabójca na balkonie, którym z pewnością nie byłeś ty, Cenedi-ji. Prawda?

    - Nie. To nie jest sposób, jaki bym wybrał.

    To był prawdopodobnie żart. Bren nie wiedział, czy tak ma go traktować. Bał się i był pewien, że Cenedi ma informacje ze źródeł, o których on nie wie. Cenedi miał jakąś teorię. A choć istniało prawo przeciwko porywaniu i przetrzymywaniu kogoś siłą, nic nie zakazywało Tabiniemu przysłać tu Brena.

    - Nie masz pojęcia, skąd się tam wziął pistolet - rzekł Cenedi. - Stanowczo twierdzisz, że nie wiedziałeś o jego obecności.

    - Właśnie tak.

    Cenedi odchylił się na oparcie krzesła i przez bardzo długą chwilę patrzył na Brena.

    - Dał ci go Banichi.

    - Nie, nadi. Nic podobnego.

    - Nand' paidhi, są pewne osoby znane wdowie, osoby blisko z nią związane, które weszły w patronat z Tabinim-aijim poprzez aiji-wdowę. One nie przyjmują tego kawałka papieru, tego Traktatu z Mospheirą. Kawałki papieru nie robią na nich żadnego wrażenia i, szczerze mówiąc, osoby te nie uważają zrzeczenia się Mospheiry ani za legalne, ani za obowiązujące.

    To oni, pomyślał Bren z wewnętrznym dreszczem. Margines konserwatywny. Elementy nawołujące do ataków na plaże. Nie chciał w to uwierzyć.

    - Otrzymaliśmy od nich zapytanie - ciągnął Cenedi. W gruncie rzeczy ich wysłannicy przybyli do Malguri z żądaniem wydania ciebie, namawiając jednocześnie aiji-wdowę do całkowitego wycofania się z patronatu Tabiniego. Twierdzą oni, że Traktat jest bezwartościowy. Ze Tabini-aiji zmierza w niewłaściwym kierunku. Osiągnęliśmy kompromis. Oni potrzebują pewnych informacji, ja dałem do zrozumienia, że możemy je dla nich zdobyć, a oni nie zażądają wydania ciebie.

    To był koszmar. Bren nie wiedział, od czego zacząć. Najważniejsze wydawało się określenie stanowiska Cenediego.

    - Czy pracujesz dla aiji-wdowy, nadi?

   - Zawsze. Bez wyjątku.

    - A po której stronie ona stoi? Za, czy przeciwko Tabiniemu?

    - Ona nie ma man'chi. Działa dla siebie samej.

    - Żaby go zastąpić?

    - To jedna z możliwości, nadi. Nie zrobiłaby niczego, co ogranicza jej niezależność.

    Niczego, co ogranicza jej niezależność. Ilisidi przegrała wybory w hasdrawadzie. Dwa razy. Raz przed pięciu laty, na rzecz Tabiniego.

    A Tabini musiał napisać ten list i wysłać do Ilisidi właśnie Brena?

    - Czy dasz mi oświadczenia, których potrzebuję, nand' paidhi?

    Odpowiedź nie była łatwa. Być może Tabini tak naprawdę go nie zdradził. Być może administracja Tabiniego się chwiała, a on nie wyczuł żadnych wstrząsów. Nie mógł w to uwierzyć, choć atewska polityka nieraz już zaskakiwała poprzednich paidhiin.

    - Nand' paidhi - powiedział Cenedi. - Ci wysłannicy przybyli do Malguri, żeby cię zawieźć do ich władz. Jeśli im cię przekażę, to nie mówię, że cię nie odzyskamy - ale nie mogę obiecać, w jakim stanie. Oni mogliby posunąć swoje pytania o wiele dalej, zahaczając o technikę, broń i kosmiczne systemy wojskowe. My się tymi sprawami nie interesujemy i nie mamy żadnego powodu sądzić, że nie mówiłeś nam o nich prawdy. Proszę, żebyś się nie oszukiwał: to nie jest machimi i nikt nie zachowuje tajemnic przed zawodowcami. Jeśli dasz mi oświadczenie, którego potrzebuję i które obali Tabiniego, możemy pozostać w serdecznych stosunkach. Jeśli nie będę im mógł pokazać, że...

    Umysł Brena pracował na najwyższych obrotach. Gubił niektóre słowa Cenediego, a to mogło okazać się katastrofalne.

   - ...miał wyboru i będę musiał pozwolić im je uzyskać na własną rękę. Bardzo chciałbym cię przed tym uchronić, nand' paidhi. Jeszcze raz: kto strzelał?

    - Banichi.

    - Kto ci dał pistolet?

    - Nikt mi nie dał pistoletu, nadi.

    Cenedi westchnął i przycisnął jakiś przycisk. To nie jest historyczna pamiątka, zaprotestowała jakaś oderwana część umysłu Brena. Prawdopodobnie jednak w gabinecie Cenediego znajdowało się dużo więcej niehistorycznych rzeczy.

    Czekali. Brenowi przyszło do głowy, że może się rozmyślić. Może dać Cenediemu to, czego chce, przejść na drugą stronę - ale miał słowo Cenediego... no i ten list... na dowód tego, co się naprawdę dzieje, a on w to nie wierzył, a w każdym razie nie całkowicie. Tabini zawsze był zbyt przebiegły, był zbyt wytrawnym politykiem, żeby dal się obali bez oporu. Z tego, co Bren wiedział, mógł byk pionkiem, który Tabini wciąż uważa za swój. Na którym wciąż polega.

    Głupi pomysł. Jeżeli Tabini chciał, żeby Bren odegrał w tym wszystkim jakąś aktywną rolę, jeśli nie miał tego listu brać poważnie, to Tabini mógł mu o tym powiedzieć, Banichi albo Jago mogli mu to powiedzieć - ktoś mógł mu powiedzieć, co, u diabła, ma dla nich zrobić.

    A on mógłby wtedy zadzwoni do swego biura, co należało do jego obowiązków, i złożyć sprawozdanie.

następny